2-3
Ano coś tam drgnęło, to prawda. Ciężko mi nie być przy Probście marmolącym dziadem po tym całym bagnie, które fundował nam przez ostatnie lata nasz amigo, no ale przyznam, że gdybym zahibernował się od 2021 i dopiero teraz wylazł z grobu straszyć dzieci, to po tych trzech epach miałbym jakieś tam delikatne, skromne, mnisie wręcz nadzieje na poprawny sezon.
Fajno, że nie ma tym razem tyle sekty (choć trochę jeszcze zostało w tych super mądrych pytaniach Jeffa po przejebanym IC-ku, na zasadzie: Hej ty, jak się czujesz? No płacz dzifko, płacz, przeżywaj, ołłłyeeeaaaaah, majty w dół i fapu-fap, llllubię to.). Fajno, że nie ma jak na razie żadnych rasistowsko-politycznych siurów, a w nowotworowych, ups, pardon, nowoerowych tworach CBS to już coś. Uśmiechnę się też do twistów – nie rzucają tych ajdoli tak na pizdrzał, niczym madkom socjal, na zasadzie masz, przechlej sobie i zrób hybrydki, tylko trzeba się o nie postarać, vide urządzić sobie grilla na radzie, żeby roztopić tego woskowego stwora, vide zrezygnować z głosu jeśli chce się przedłużyć datę ważności, czy takie tam śmiesznostki. To mi się podoba – program Ajdol Plus tylko dla pracujących!
Po przyjemnym edit-blindsidzie z ubiciem
Cockerspaniela w drugiej rundzie, nie ma już chyba w tej gromadce nikogo, komu życzyłbym poślizgnięcia się na własnej kupie i wybicia zębów o skałki, gdy tylko wyjdzie za potrzebą. Ale nie ma też jeszcze nikogo, komu bym wybitnie kibicował. Wszystko dalej jakieś takie grzeczne i uśmiechnięte i chyba w tym cała bolączka, która oddala nas jeszcze dosyć wyraźnie od poziomu retro sezonów i legend typu Chiny, Gabon, Panama, Cook Islands, Pearl Islands, Filipiny.
Czy ci ludzie mogą zacząć się choć trochę nie lubić?
NIEBIESCY
No właśnie, pewną nadzieją napawa mnie tutaj
Katurah. Co prawda, ta jej obsesja na punkcie Bruce’a jest nieco iks de, bo typ nie robi tam nic strasznie złego, zresztą śmieszy mnie przedstawianie jako super groźnego veterana kogoś, który zabił się w drugim dniu swojego pierwszego sezonu, no ale zawsze mamy z tego jakąś namiastkę dymu. Takiego mini-mini dymku niczym wstydliwy bączek puszczony przez vege Karolinkę po zjedzeniu fit sałatki z ziaren żożoby, ale zawsze to jakiekolwiek negatywne emocje dla równowagi do tego całego różu i uśmiechu dookoła. Nie sądzę jednak, żeby potrwało to długo, bo Pani Edyta szeptała nam dzisiaj czule do uszka, że Bruce i Słowiańska Paszcza skumali się już ze wszystkimi pozostałymi, więc zapewne beknie na tym właśnie Katurah.
Kendrę lubię (dlaczego to imię kojarzy mi się z Harrym Potterem?),
Bruce’a lubię,
Słowiańska Paszcza prawie się dzisiaj zabiła wlatując po skupinowemu paszczą do ogniska, ale też lubię. Jak dla mnie, najbardziej papierowi w tym plemieniu są
ten chłopczyk i ta dziewczynka, którzy byli tak bardzo in de midl, więc mam pomysł Dżefie, co ty na to, żeby właśnie ta dwójca została fucknięta przy przemieszaniu? Aaaa, myślisz, myślisz, widzę, że pomysł ci się podoba, nie ma za co
CZERWONI
Podobnie jak Mister Umbastic, ja również niucham, że właśnie tutaj rodzi nam się rdzeń sojuszowy tego sezonu na ostatnie rozdania. I w sumie niech się rodzi.
Julie propsuję na ten moment najbardziej z obsady – milusińska, wesoła i bardzo przypomina mi Kathy z Markizów, która jest już chyba za stara, żeby jeszcze kiedyś wpaść do nas na ciacho w jakichś olstarsach, więc nacieszmy się przynajmniej klonem. Okulary i szkieletołapki okazały się tym razem zmyłką –
Drew wypowiada się i zachowuje jak normalny ziutek, a przeczuwałem tu straszności na poziomie Cockerspaniela. Aczkolwiek będąc tam z nimi na piachu, pewnie i tak zgodnie ze swoją dewizą próbowałbym go przyatakować na pierwszej radzie jako największe potencjalne zagrożenie.
Dee też na plus i jak tak dzisiaj latała za Austinem licząc deltę z tego, co jej powiedział, a czego nie powiedział, to przez chwilę liczyłem, że zaleje obóz jakąś abimaryjną sraką na zasadzie you fuck with me, you’re dead to me. Jedynie sam
Austin mnie w tej bombowej czwórce jakoś nie przekonuje – jeśli w pięknej historii o ich wspólnej drodze do finału, ktoś dla podkręcenia emocji ma być tym jednym bohaterem, który poetycko dostanie gdzieś w międzyczasie kulkę w czoło, to głosuję właśnie na niego
Dla zachowania klimatu, przydałaby się temu sojuszykowi jakaś plemienna opozycja, z którą mogliby się nienawidzić, ale opozycja coś cienko pierdzi.
Sifu narobił sobie sifu w pierwszym epie tymi vlachosowymi gimnastykami i chyba łatka się za nim ciągnie, bo Pani Edyta nie chce go już nawet za bardzo pokazywać. A szóstej osoby naprawdę w tej chwili nie pomnę, więc winszuję osobowości, to musiał być castingowy strzał w dziesiątkę.
ŻÓŁCI
Tutaj zależało mi w sumie tylko na
Sabiyi, która kopnęła dzisiaj w survokalendarz, więc bleh. Była dość silną osobowością na tle całego tego pedziolandu i liczyłem, że może jeszcze coś po drodze narojbrować. Co prawda wobec ickowych zgliszczy, w których przyszło im egzystować, pomysł ukatrupienia
Kaleba uważam za durny, ale próby jego wykonania już docenię – pogawędziła sobie z nim zawczasu i zabezpieczyła się, że na wypadek, gdyby Emily wykonfiturzyła mu jej plany, to zawsze mogła powiedzieć, że no przecież to była tylko bujda dla niej, tak jak żeśmy się umawiali. Nie wiem, co się tutaj ostatecznie zesrało, ale bardzo jestem nierad, bo obaj panowie są dla mnie totalnymi papierzakami, a i
Emily straciła całe moje zainteresowanie z pierwszego odcinka – teraz już „nauczyła się na błędach” i jest taką samą motivated & growing & transforming kukiełką walącą w konfach dżefizmami, jak pozostali. Przypomina mi zresztą Frannie z poprzedniego turnusu i bynajmniej nie jest to komplement
Podsumowując:
Do boju: Julie, Katurah, dalej ewentualnie Drew, Dee, Kendra, Bruce, Słowiańska Paszcza
Do gnoju: Jaś & Małgosia z niebieskich + wszyscy pozostali przy życiu żółci
PS: Przemieszanie w czwartej rundzie napawa mnie oczywiście łaskotkami napleta i nadzieją, że może tym razem dla odmiany nie spłaszczą nam premerga do pięciu odcinków. Ave.