Dużo świetnej telewizji w tym sezonie i fajny cast - co zresztą widać po tym, o ilu osobach chciało mi się coś poniżej napisać. Aż chciało się kibicować obu stronom naraz. Super, że nie było ciągłego przemiału nowych zdrajców, ale jednocześnie werbunek majaczył gdzieś w tle jako ewentualność. Twisty też fajne. Sekretny zdrajca wniósł trochę świeżości i zaburzył standardowy balans na start, ale mnie osobiście szkoda, że tak szybko z tego zrezygnowano, bo narastającą frustrację zwykłych zdrajców oglądałoby się wybornie.

Mogli to pociągnąć jeszcze chociaż ze 2 odcinki dłużej. Niesamowicie zaskoczyły mnie pytania do zdrajców, bo jak Claudia pierwotnie ogłosiła, o co będzie chodzić, to moją pierwszą myślą było, że to takie totalne nic, skoro zdrajcy mogą odpowiedzieć cokolwiek. Nie spodziewałem się zupełnie, że wszyscy wykorzystają tę okazję, żeby robić takie odważne akcje.
Stephen - Jemu ze zdrajców kibicowałem najbardziej, bo grał naprawdę dobrze i był w grupie zdrajców takim głosem środka, ostoją rozsądku. Podobało mi się, że nawet robiąc błędy na początku gry (jak choćby ta cała akcja z Rossem), potrafił to wykorzystywać jako naukę na przyszłość, żeby już drugi raz nie wpaść na czymś podobnym. Bardzo ciekawa była ta decyzja z podwójnym blefem, żeby zabić Jessie w bardzo oczywisty sposób. Bez tego końcówka gry na pewno byłaby dla niego o wiele bardziej problematyczna, a timing tego morderstwa siadł w idealnym momencie i o dziwo nikt się nie przyczepił. W finale został nam przedstawiony jego wybór pomiędzy zwycięstwem samodzielnie a zwycięstwem razem z Rachel i nie dziwi mnie, że zdecydował się na to drugie, ale dziwi za to, że nie bał się, że Jack i Faraaz zagłosują na nią wspólnie (co absolutnie powinni byli zrobić!), co doprowadziłoby do remisu 2-2 i postawiłoby go w dość niezręcznej sytuacji w final 3. Tak więc tutaj z tą decyzją miał też trochę szczęścia.
Rachel - Też dość fajnie grała, ale w końcówce Stephen pomógł jej tę grę uciągnąć i bez niego raczej nic by z tego nie wyszło. Miała sporo takich odpałów jak np. wyjawienie zawodu Amandy (czym niepotrzebnie zwróciła na siebie uwagę, nie mówiąc już o wywołaniu wojny z Fioną) albo to oświadczenie o przejściu szkolenia pod okiem kogoś z FBI (jakby... WTF xD ). Żadna z tych rzeczy nie miała szans dać jej korzyści przeważających koszty zwrócenia na siebie uwagi, ale jednak świadomie sama z siebie podjęła decyzję, żeby to zrobić. A już największy facepalm miałem z wyznaczaniem ludzi do morderstwa na drzewie genealogicznym i rzucaniem jawnie: "Hej, Stephen, chodź ze mną wspólnie do tego drzewa genealogicznego <które już kolejnego dnia będzie dowodem nr 1 analizowanym przez wszystkich>, a ty, postronna osobo, odejdź i zostaw nas przy tym drzewie zupełnie samych". Dosłownie tak to dla mnie wybrzmiało i czułem, że Stephena też trochę wtedy zmroziło. Miała/mieli ogromne szczęście, że Maz i Roxy byli widziani przy drzewie jako ostatni na 5 minut przed końcem dnia i rzekomo nie widzieli żadnych odcisków. Ale to mnie z kolei prowadzi do pytania: jak to w takim razie możliwe? Nie zauważyli odcisków, które już tam były, czy też montaż próbował nam wciskać kit i to naznaczenie odbyło się już po tym wszystkim? Bardzo bym się chciał dowiedzieć.
Jack - Naczelna owieczka tego sezonu. W końcówce wszyscy grali już tylko na niego i tylko jemu ufali, ale rozegrał to fatalnie i całościowo poradził sobie bardzo słabo.
Faraaz - Słaby gracz, przez cały sezon miotał się w swoich oskarżeniach. Mały plusik za próbę skumania się z Jackiem w końcówce, ale w takim razie dlaczego pomógł wygłosować Jade, a potem nawet się nie zgadał z Jackiem, żeby wspólnie głosować tak jak on: na Rachel? Nawet jeśli wierzył, że Rachel jest lojalna, to w jego planie dojścia do końca z samym Jackiem najważniejsze powinno być głosowanie zawsze razem z nim, a nie wybrzydzanie na kolejność odstrzeliwania ludzi. Chociaż tak czy inaczej pewnie Jack by zaufał raczej Stephenowi...
Jade - Zaskakująco długo się wybroniła, bo byłem przekonany, że odpadnie na bank jakoś w pierwszej połowie sezonu - więc za tę defensywę plus. Ofensywnie za to słabo i zupełnie nie do celu. Często głosowała zupełnie bez sensu na jakieś losowe osoby, na które nikt inny nie głosował.
James - Siła chaosu, ale nawet trochę czułem do niego sympatię, gdy się tak miotał. Zdobycie tarczy po kryjomu, żeby po paru godzinach zaprzeczania jednak się przyznać z własnej inicjatywy - to też było coś.
Roxy - Bez wątpienia najgorszy lojalny sezonu - tak sądziłem nawet przed tym, gdy na wychodne wskazała dwójkę zdrajców jako swoich topowych lojalnych.

Mega słaba, mega nudna i ucieszyłem się, że jednak jej nie będzie w finale, bo właśnie tego się mocno spodziewałem.
Matthew - Akcja przy rozmowie ze zdrajcami była całkiem soczysta z punktu widzenia telewizji, ale właściwie nie bardzo rozumiem co chłop miał w głowie przez te następne dni. Serio wierzył, że go zrekrutują? Samo wyrażenie takiej chęci byłoby jeszcze ok, ale opieranie swojej gry na tym, że to się stanie - to już było bardzo naiwne. Niezbyt go lubiłem i ucieszyło mnie jak ostatecznie dostał po czapie.
Ellie - Jak na tokenową blondynkę tego sezonu nawet ją w miarę lubiłem, choć pod kątem gry nic nie pokazała. Zdziwił mnie ten nagły obrót oskarżeń w jej stronę.
Jessie - Bardzo jej kibicowałem, choć raczej jasne było, że jako ktoś "zbyt lojalny" nie ma raczej szans dojść do końca. Szkoda, że zupełnie nie miała siły przebicia ze swoimi argumentami i nie potrafiła porwać za sobą absolutnie nikogo, ale te argumenty i obserwacje same w sobie miała niesamowicie trafne i wynikające z logicznych przemyśleń. Zaskoczyło mnie, że to akurat taka osoba będzie pod tym kątem błyszczeć.
Sam - Zarozumiały typ. Śmieszne było jak na misji z grobami otwarcie wszystkich olał i wyrwał się po tarczę przy pierwszej możliwej sposobności.
Harriet - Kolejna mocna zagrywka przy rozmowie ze zdrajcami, ale na co tak naprawdę liczyła? Oczywiście poza fajnym, dramatycznym momentem w TV... Jej atak na Rachel był zupełnie znikąd, bardzo zdecydowany oraz słabo uargumentowany, więc nie zdziwiło mnie, że zupełnie nic z tego nie wyszło. A szkoda, bo do tego czasu była bardzo obiecującym graczem.
Fiona - Kolejna siła chaosu, ale tym razem po stronie zdrajców. Absolutnie rozumiem, że nie uwierzyła Rachel w te słowa o Amandzie, ale tego typu konfrontacja to był strzał w stopę z jej strony. Ciekawa dynamika się tam zrodziła, że Stephen był pośrodku tego konfliktu i w sumie rozumiał obie strony. Wcześniej Fiona jako sekretny zdrajca była bardzo ok i podobało mi się jej odgrywanie nieogarniętej babci, która musi prosić mądrzejszych o rady.
Amanda - Ech... Na początku wydawało się, że ma potencjał, ale typowała tragicznie, a do tego przez cały czas była irytująco mocno pewna swojej nieomylności.
Ross - Słabe było to, jak się plątał w zeznaniach na temat swoich zamiarów, żeby się nie przyznawać do znajomości z Netty. Natomiast później całkiem mi się podobało jak się bronił w trudnej pozycji i jak poprawnie wydedukował, że zdrajca chcący go wkopać musiał być jedną z ograniczonego grona osób.
Hugo - Ktoś z takim charakterem i niekryjący się z zawodem był skazany na porażkę już od samego początku, nawet gdyby dostał rolę lojalnego. Tak czy inaczej obserwowałem z zaciekawieniem, czy zadziała jakaś magia, która go ochroni - ale nie zadziałała.