Nie no, jest klasa. Mimo, że sezon był zbyt mocno upchnięty do wora zarówno pod kątem liczby dni, jak i liczby wojowników, to ostatecznie wyszedł prawilniutki jak babciny kotlecik. Powtórzę po przedmówcach, ale dawno żadne Surwajwory nie wkręciły mnie do tego stopnia, żebym po zamknięciu laptopa jeszcze gdzieś tam momentami śmigał sobie myślami za tym, co oni tam wyprawiają w tym samoańskim buszu.
Klimat był trochę na zasadzie bawimy się w gronie starych kumpli, więc do kompletu zajebistości zabrakło mu tu personalnych animozji, no ale trafiłem niedawno na całkiem trafne stwierdzenie, że lata dwutysięczne były najbardziej ostrym okresem w historii telewizji, więc raczej to se ne vrati i było tutaj na tyle dobrze, na ile być mogło. Mam nadzieję, że Kangurki pójdą za ciosem i zorganizują kolejne światowe batalie, bo zdecydowanie lepiej ogląda się olstarsy u nich niż u Jeffa; było kilka momentów, gdy ktoś tam się wzruszył, ale nie było takiego wycia, spazmów i sekty jak tam. Praktycznie nie kojarzę już teraz ani jednego momentu, żeby ktoś tu się jakoś specjalnie osmarkał. W S50 Cirie zrobiła to już w pierwszych dziesięciu minutach na plaży, a tutaj zdaje się, że przez cały sezon wcale. A zatem da się.
Strategicznie
Parwatka wysadziła ten kurnik w powietrze, no nie chce być inaczej. Musiała walczyć o życie w samej uwerturze, biorąc się za bary z afrykańskim Robem, ale potem już właściwie pełna kontrola. Urszulową rysą na szkle pozostaje jednak akcja z podarciem przewagi – no nie wybroni mi tego, choćby się zesrała i na tym zatańczyła. W dodatku mogła przy F5 tego użyć do popsucia szyków Australijczykom i w dalszej perspektywie do ochrony Cirie, a skoro przez całą końcówkę ładowała, że tak jej zależało, żeby były w finale razem, to wyglądałaby na koniec jeszcze mocarniej, że udało jej się osiągnąć również to.
Cirie plusuje za bycie Cirie i szczucie na siebie ludzi w uśmiechem na ustach, natomiast pod kątem całościowego planu nie można jej tutaj uznać za dobrego stratega, skoro ani razu nie spróbowała zaszlachtować Parwatki. Wyglądały w tym duecie trochę jak
Kim i Chelsea w Jednoświatku, gdzie ta druga również była aktywna i skuteczna, ale jej głównym celem było pomóc wspiąć się koleżance na drabince do zajebistości.
Tym bardziej, że Cirie miała wszelkie instrumenty, żeby ostro narojbrować. Socjal miała zdecydowanie silniejszy i cała ta międzynarodówka jadła jej z ręki o wiele chętniej niż Parvati. Zakochany kundel Lisa wskoczyłaby za nią w ogień, Kass na pewno nie pogardziłaby planem skruszenia czaszki swojej zadaniowej Nemezis, Tommy jak zwykle poszedłby za koleżankami, a i Janine zaczęła się przymilać w pierwszej kolejności właśnie do niej.
Oczywiście, różne rzeczy mogłyby się odpierdolić po takim ruchu, ale zdecydowanie warto było spróbować, bo droga, którą obrała nie miała prawa się udać – prowadziła do kolejnego sfajczenia w ogniu, a w najlepszym razie do przerypania w finale
Luke & Janine eleganckie duo, oboje lubię, ale niestety, jak mawiał Winston Churchill, aby ktoś w Survivor mógł zalśnić, ktoś inny musi wyjść na laczka. Pójście w sojusz czworga ze stejtsowymi gwiazdami było pchaniem się nosem w maliny, zwłaszcza, że mogli wcześniej przygarnąć niechcianą przez nikogo Shonee i rozdawać karty. Luke’owi można wpisać do dzienniczka wyłącznie piątkę za skłonienie Parvati do podarcia przewagi, a Janine za zasianie ziarenka pod blindside Kirby.
Nie zgodzę się, że
Janine powinna być wyżej od kolegi – on co prawda był w porównaniu do niej krok do tyłu jeśli chodzi o knucie z Cirie i Parvati, ale zdecydowanie nadrabiał ogólnym socjalem, który jest moim zdaniem główną bolączką naszej biznesłumen. Po obu jej sezonach widzę w niej taką trochę Chrissy Hofbeck, która poza nielicznymi wyjątkami ma problem z dogadywaniem się z kobietami. W jej pierwszym wcieleniu Nova i te wszystkie butne niewiasty z pierwszego plemienia championsów bardzo szybko chciały ją zamordować i tutaj również, w kangurzym plemieniu sprzed merga, mimo że girl power było odmieniane przez wszystkie przypadki, to właśnie Janine była jedyną kobietą pozostawioną na uboczu razem z dwoma kolegami. I finalnie to właśnie kangurze kobiety ładowały w nią najbardziej bolesnymi ciosami z jurorskiej ławy, więc coś tutaj musiało mocno nie zagrać.
Shonee, no cóż, fajna śmieszka i jeszcze fajniejsza dupcia, ale strategicznie w tym sezonie boleśnie daremna. Nie wiem, co się tutaj wydarzyło, ale wyglądało to tak jakby totalnie zabrakło jej charyzmy w zestawieniu z tymi wszystkimi światowymi gwiazdami. Nie jestem nawet pewien, czy broni się tą premerdżową zemstą na Jugolu Jurku, bo tamten blindside w moim przekonaniu zadziałby się i bez niej. Potem już do końca gry była sama, niekochana, taki los. Inne dzieci nie chciały się z nią bawić nawet pomimo tego, że mogły ją przechwycić jako łatwy do ogrania numerek w finale. Mam wrażenie, że Australia tkała z niej motyw lokalnej odpowiedzi na Parvati (na początku miała to chyba być
Phoebe, która jednak dwa razy nie miała szczęścia w grze, więc zaczęli inwestować w Shonee i pchać jej kolejne powroty). Jeśli tak, to niestety, ale pierwowzór boleśnie zlał jej w tym sezonie dupsko. Tym niemniej, zawsze mogę rozmasować
Lisa jest kochana, więc nie chcę się nad nią pastwić, no ale tym razem wyszło jak wyszło. To skakanie za idolkami nie było dla mnie słodkie, tylko z deczka poniżające. Dziewczyno, trochę szacunku do siebie, ty wygrałaś sezon za pierwszym strzałem, a Cirie nie udało się to w pięciu próbach. Trzeba przyznać, że na miejscu kiwisowskiej gawiedzi czułbym się lekko niepocieszony taką służalczą reprezentacją swojej ukochanej wysepki
Kass lepiej, rzeczywiście bardzo jurnie tam sobie brykała i nie odstawała strategicznie od światowych bohaterek, no ale tutaj z kolei charakter jakoś nie wybił mnie z papci, ot taki gamebocik ze śmiesznym akcentem.
Tommy to dość zabawne chłopię jak na ten swój mroczny i samobójczy naród, ale zdecydowanie był krok do tyłu w porównaniu do koleżanki – w premergu totalnie niechciany, następnie siłą rozpędu zsojuszony z międzynarodówką, ale de facto ożywił się dopiero na swojej trumiennej radzie. Jak dla mnie jednak trochę piach, mogli w jego miejsce zaprosić Cebulę
Safona patronowała chyba temu sezonowi zza grobu, bo obie młode kangurze panny dość mocno poobijały sobie tyłki przez swoje lesbijskie crushe.
Sarah ewidentnie czuła jakąś miętę do Kirby i zrobiła z siebie na tym tle totalnego błazna. Najpierw wbrew wszelkiej logice chciała lecieć za nią w ogień, a potem dostała jakiejś paranoi na jej punkcie, co wreszcie skłoniło jej obiekt westchnień do trzaśnięcia jej w dziób dla świętego spokoju. Mówiłem, że to dziewczę to wyjątkowo krzywy wybór do powrotu. Z kolei
Kirby, dość mocna strategicznie postać, finalnie padła omamiona urokami Parwatki, która niczym syrena w greckich mitach wywabiła ją śpiewem za burtę i z czułością odgryzła jej łeb przy samej dupie. Czar był w dodatku na tyle silny, że zakrwawiony kadłub nie miał nawet zbyt wielkich obiekcji, żeby z uśmichem… to znaczy yyy, z rozwarciem pępka, dorzucić jej swój głos w finale
Czterech premerdżowych straceńców lubię i taka magia dobrego sezonu, że prawie każdej eliminacji było mi szkoda.
Genat i Jugojuras padli ofiarami własnego ego, co zapewne uchroniło ten sezon od jeszcze większego spartaczenia pod względem nierówności editu. Mniej spodziewałem się, że ego zeżre również
Roba, który po Steffi jest moją ulubioną postacią z afrykańskiego survoświatka, tak więc przez chwilę mocno liczyłem na jakieś romantic duo z Parwatką, no ale niestety, wzięli się za chabety, robiąc nam przynajmniej bardzo zacną premierę. Z
Tony'm sympatyzowałem o tyle, że koleżanki wykoczkodaniły się na niego totalnie bez powodu, w dodatku pod hasłem women alliance, co zawsze działa na mnie jak płachta na byka, więc kibicowałem na tamtym etapie, żeby udało mu się coś namieszać i porozcinać im bebechy, przynajmniej utrącając im tę kanadyjską koleżankę, no ale selavi. Było sprzymierzyć się z Zulusem jak ładnie prosił, to wolałeś America strong.
Tak z czysto socjologicznego punktu widzenia, byłem ciekawy, na ile narodowościowe względy zagrają w tym sezonie rolę, no ale zdaje się, że nie zagrały prawie żadnej. Mogę sobie wyobrazić, że gdyby zrobili jakiś polsko-czeski sezon i Kazik sprzymierzyłby się ze Zdenkiem, żeby utłuc Grażynę, a potem jeszcze zagłosowałby w finale na Jitkę zamiast na Krzysztofa, to dostawałby na feju groźby śmierci i nie miałby potem życia na swoim blokowisku w Rudzie Śląskiej. Ale jak widać surwofanbaza jest ponad to i Stejtsiak-Kangur dwa bratanki
Moje staty:
W strategach ozłocić Parwatkę, za nią Kass. Oczernić Lisę, za nią Shonee. Cirie niestety w dolnej połowie stawki.
Ulubieńcy: Chyba mi się nie zmieszczą, ale niech będzie Parvati, Cirie i Luke. Ze znielubieńców wyłącznie Sarah.
Złota Dawn Meehan dla wyjca sezonu zostaje w Stejtsach, tam przyda się bardziej.