Niby deczko lepiej niż ostatnio, ale to tak bardziej na poziomie Ósmej Ligi Mistrzów, gdzie Coco Jambo Warszawa brawurowo ojebuje w karnych Płomień Piotrowice. Ciemne wieki głównego Surva trwają w najlepsze i ciekaw jestem, czy dożyjemy tu jeszcze jakiegoś renesansu, czy mimo wszystko wymagałoby to tak śmiałego czynu, jakim byłoby na przykład wypieprzenie Probsta za Ural. Smutni panowie z kadr przyszli po La Paglię, to może i na niego znajdzie się kiedyś mocny. Ja naprawdę cenię go za wiele rzeczy, ale już lata temu zapadł na jakieś nieuleczalne różowe kukunamuniu, więc nic już z niego nie wyciśniemy. Pożegnajmy go z honorem i może niech zostanie na starość jakimś pastorem, kołczem, czy opiekunką na szkolnych koleniach dla sierot, szerząc gdzieś na klifie, w białej todze ten swój uśmiechnięty newergiwapizm i niech da nam wszystkim święty spokój.
Sprytnie domniemuję, że „opowiedz mi swoją traumę z hajskul” było pierwszym pytaniem w formularzu zgłoszeniowym do tego sezonu, tuż nad imieniem, nazwiskiem, zdjęciem oraz listą wszystkich zmarłych osób w najbliższym otoczeniu na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat.
Po tym sezonie pragnę też nieśmiało dodać dwa kolejne zwroty, za które trzaskałbym brudnym kapciem po mordzie jeżeli ktoś przekroczy limit trzech użyć w sezonie na osobę; „vulnerable” i „high school”. Oraz jeszcze jedno, specjalnie z limitem dla Jeffa „łot is de filing rajt nał?” i tutaj to już naprawdę karałbym elektrowstrząsem, bo czułem, że jeżeli usłyszę to jeszcze jeden raz, to chwycę w rozpaczy nóż do masła i dokonam samoobrzezania.
Lepiej było na pewno w obsadzie, ale to przede wszystkim pod tym kątem, że nie było aż takich siurów jak w S48, gdzie wszystko sprowadziło się do spuszczania nad tym, jak
rozpieszczony dzieciaczek Evunia radzi sobie z autyzmem, a jej survotatuś przygląda się temu z dumą.
Lecąc po adresach, sezon zdominował duet
Savannah & Rizo, których nawet polubiłem za te jej kilka ostrzejszych konf i jego kilka śmieszniejszych żarcików a krzyż, no ale oczywiście w starej erze nie zwróciłbym na nich za dużej uwagi.
Savannah skosiła sianko dość zasłużenie, zwłaszcza na tle finalistek; zaiste mocny premerge, a potem nie zrobiła nic głupiego po połączeniu i wystarczyło jej wygrywać na ickowych torach oraz korzystać z upośledzenia innych. Zabrakło mi natomiast z jej strony wcześniejszego zatroszczenia się o to, żeby uciąć łeb swojemu sweterkowemu koleżce z Tirany, który ostatecznie wyleciał nie jej decyzją, a równie dobrze mógł się z nią przecież do tego finału wślizgnąć i wcale nie wyglądało, żeby ona miała zbyt wiele przeciwko temu. A wtedy coś czuję, że byłaby wkucha, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej łatkę rzekomej mean girl oraz to, że kilka osób mlasnęło tam, że Rizo łos de stratedżik part of de duło, a ty to w sumie pff, byłaś bardziej koniem do IC-ków.
Koledze Albańczykowi w sumie pacnę w łeb analogicznie za to samo, bo finał z Savanną również byłby ryzykiem, acz w moim przekonaniu nieco mniejszym. No i tradycyjnie; ja naprawdę nie wierzę w to, że od piętnastu lat w co drugim sezonie mamy niemal dokładnie taki sam archetyp postaci, który finalnie okazuje się jednym z groźniejszych graczy, a te wszystkie gejzery intelektu jeszcze się nie nauczyły, że takich wygadanych nerdów tnie się jak najszybciej. To nie, pewnie, lepiej spałować w śródmerdżu niechcianych przez nikogo Alexa, czy Jelołsofi
Sage i Blusofi, podobnie jak Savannah, obudziły we mnie jakieś tam nadzieje w premergu kilkoma bardziej drapieżnymi konfami (bo na czyny chyba w srjuerze nie ma co liczyć) i do pewnego etapu kibicowałem właśnie temu trio odlotowych agentek, no ale dwie pierwsze tak wpierdoliły się potem nosem w maliny, że aż miło. Może mają na chacie za bogato i postanowiły charytatywnie oddać kasę Savannie i Rizo, bo finał w tym sezonie na dobrą sprawę rozstrzygnął się między nimi w fajermejkingczelendż.
Sage w dodatku zaczęła mnie z czasem jeżyć tym swoim randomowym odpalaniem wyjca w dziwnych momentach – co ona odwaliła w ostatniej chwili na Reunion, to chyba nie zdiagnozowałaby nawet Ewa Drzyzga. Jak tak patrzę na to zachowanie w połączeniu z jej rysami twarzy, to podejrzewam, że było tutaj sporo ćpane w życiu. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten jej filuterny tatuaż na ręku miał oszczędzić naszym oczom co nieco przykrości. Może ostatnią dawkę wzięła jeszcze na statku i potem im dłużej trwał detox, tym bardziej jej rozsadzało banię. Gdyby wzorem starożytnych ludów garowali tam 39 dni, to pewnie złapałaby kurę, wspięłaby się z nią na drzewo i spróbowałaby na niej odlecieć, krzycząc, że jest pierdolonym Gandalfem. No niestety, koło Noury czy Carolyn to to nawet w kolejce do warzywniaka nie stało, choć sam na początku pokusiłem się o taki nietrafny osąd.
Jawan strategicznie do jednego wora z Sage – zmarnowane okazje, stracone szanse i w ogóle weźwyjdź. Personalnie, to jego Ankldzeeej przez dwa odcinki uważałem za całkiem pocieszne, ale z czasem poziom cukru w cukrze wyjebał mi tutaj poza skalę, więc jednak weźwyjdź2. Natomiast bardzo współczuję mu bashu, który różnorakie człekokształtne larwy zafundowały mu w mediach społecznościowych, za to że śmiał nie być rasistą/cymbałem i nie unikał głosowania na czarnych tylko dlatego, że są czarni.
Emsi postawiła na rasistowską kartę próbując wrzucić Jelołsofi pod autobus za jej kolor skóry i to w dalszej konsekwencji sprawiło, że sama wyleciała, no piękne kino
Jak mawiała poetka, jedyne co dałbym
Kristinie, to garść psychotropów, żeby zostawiła już tę biedną matkę w spokoju. Wielu z nas straciło kogoś bliskiego, ale jeżeli po kilku latach ma się do tego stopnia nieprzepracowaną traumę i brak samokontroli, to szuka się pomocy u specjalisty, a nie w sekcie u Jeffa Probsta. Jeżeli moje dziecko będzie tak publicznie fiziowało kilka lat po mojej śmierci, to jak Boga kocham, objawię jej się w nocy i uszy natrę.
Fascynuje mnie kejs
Jelołsofi. Co ona tam musiała nawywijać poza kamerą, że oni wszyscy tak nią gardzili i że nawet kurczaki nie chciały na tej wyspie wejść z nią w mocniejszy sojusz, tego nam już nowoerowi Kapłani Uśmiechu z edytorni zapewne nie zdradzą. Najpierw duży target w premerdżu, potem Emsi i Kristina, jej rzekome sojuszniczki, niemające żadnego problemu, żeby zasunąć jej kosę w dowolnym momencie jako target zastępczy, następnie ten ogólny smutek, gdy okazało się, że przetrwała, a na koniec jeszcze wspólna plemienna celebracja jak wrócili do obozu po jej odpaleniu. Miałem wrażenie, że za chwilę jej majty zawisną symbolicznie na drzewie, niczym majty Rogera znad Amazonki. Szkoda takiego losu, bo pańcia tak sympatyczna, jak i ładniutka. Ale to słynne zgaszenie Probstowi peta w nagrodzie z owocami wskazuje, że potrafi mówić prosto z mostu, więc przypuszczam, że musiała czymś wkurzyć te wszystkie niedoyepane płatki śniegu. Może wypsnęło jej się kiedyś przy ognisku, że followuje JK Rowling, że Netflix bywa niedokładny historycznie w doborze wyglądu swoich aktorów, albo że Partii Demokratycznej tak po głębszym zastanowieniu jednak można co nieco zarzucić? Bleee, nieee, no aż tak to chyba nieee
Edit: Z pomerdża zapomniałem jeszcze opisać
Stevena i Nejta i przypomniało mi się dopiero teraz, jak po wysłaniu posta sobie jeszcze przeglądałem materiały o sezonie, więc niech to, że przez godzinę rzygania nie poświęciłem im ani jednej myśli, najlepiej świadczy o wiekopomności tych charakterów. Miłe ziomale, ale nie do telewizji, do licha ciężkiego. Aczkolwiek przyznam uczciwie, że liczba zwrotów akcji na trumiennej radzie Stevena zrobiła mi z mózgu jajecznicę, co notuję na plus.
Sprzed merga wspomnijmy jeszcze
Kudłacza Matta, który pierdołowato, bo pierdołowato, ale coś tam próbował namieszać po swapie i szkoda mi było jego odpadki zamiast
tej kukiełki z Wietnamu. Był taką grzeczniejszą, nowoerową wersją Dana Foley'a, a zniżam się już do stwierdzenia, że nawet jego bym tutaj chętnie zobaczył jako kontrę do tego obesranego różu. Z kolei chętnie przyklasnąłem temu, że
Sekciarska Shannon poszła do diabła pokąsana przez jeszcze wtedy niezepsutą wersję Sage, zwłaszcza w połączeniu z pierwszą od dawna ciekawą akcją pożegnalną na radzie
Przyznam też, że od drugiego odcinka lubiłem całe niebieskie plemię i wkurw mnie brał siarczysty, że to akurat oni lądowali w każdym odcinku u Probsta na pieńkach. No ale niestety,
Blusofi i Alex po głębszym przemyśleniu powinni jednak strategicznie odpaść szybciej, bo nie zepsuliby sobie wtedy u mnie renomy swoją późniejszą daremnością,
psychotyczny śmieszek Dżeremaja i odklejona ciocia Annie padli męczeńsko w boju, a
Dżejkowi to chyba ta jego ciężarna Penelopa specjalnie zapakowała węża do walizki, żeby dziabnął go w dupę i tym pokrętnym sposobem odesłał go z powrotem tam, gdzie być powinien – bo wiele rozumiem w temacie tych wszystkich fanowskich fantazji o występie, ale olania narodzin dziecka nie zrozumiem.
Na pewno na plus dwa przemieszania oraz brak tego tałatajstwa z earn the merge, który rajcował chyba tylko Jeffa i jego mamę.
Z kolei będąc sobą nie mogę nie wspomnieć, że przednio się uśmiałem słuchając tego całego jarania finalistek jak to super, że do finału dotarły same kobiety, podczas gdy
na dziewięcioro zwycięzców nowej ery zaledwie marne sześć tytułów należy do kobiet i jeszcze dodatkowo jeden do gościa, który sam siebie lubił określać jako "girl"
Na koniec statystyki:
Ulubieńcy: Savannah, Jelołsofi i niech będzie mimo wszystko Blusofi.
Znielubieńcy: Emsi za rasizm, Kristina za szlochy i niech będzie z braku laku Wietnamska Kukiełka za daremność.
W strategach ozłacam Rizo, oczerniam Sage.
Kogo chcę w olstarsach: Nikogo, ale jeśli ktoś być musi, to wybory do S50 zdają się wyczerpywać temat.
Złota Dawn Meehan dla wyjca sezonu: jednak Kristina, choć Sage dzielnie próbowała ją chwycić na finiszu. Od następnego sezonu chyba jak Boga kocham zacznę to zliczać, w tych takich fensi tabelkach jak robicie z konfami – i to będzie moja główna atrakcja przy oglądaniu nowej ery
